Święcenie gadżetów

24 listopada 2017

_DSC3494W pewnej parafii udzielano sakramentu bierzmowania. To oczywiście powód do radości, że wciąż są młodzi, którzy pragną przyjąć sakrament dojrzałości chrześcijańskiej i budować swoje życie na Chrystusie. Według większości mediów, młodzi uciekają z kościołów, jak bogaci do rajów podatkowych, więc każdy młody człowiek w ławce kościelnej jest nadzieją Kościoła na przedłużenie wiary na kolejne pokolenia i dla kraju, że wyrośnie kolejne pokolenie budujące kraj na zdrowych wartościach. Tym bardziej rodzice, katecheci i duszpasterze powinni dbać o jakość przekazu wiary. Nim przejdę do głównego tematu, pragnę zaznaczyć, że jestem świadom swoich braków warsztatowych jako katecheta i nauczyciel, ale uważam, że mówienie do młodych schodząc do ich poziomu, by się im przypodobać jest totalnym nieporozumieniem i naraża na pośmiewisko mówcę, a co gorsze bagatelizuje treści, które próbuje przekazać.

Wspomnianej młodzieży sakramentu udzielał biskup, który na przyjechał do nich z terenów misyjnych. Pod koniec Mszy Świętej ów dostojnik kościelny stwierdził, że poświęci jeszcze pewne gadżety. Brzmi interesująco, bo nie znam formuły błogosławieństwa GADŻETÓW. Okazało się, że pod terminem gadżet kryły się Pismo Święte i krzyż. Ktoś może powiedzieć, że się czepiam, bo biskup chciał wprowadzić nieco lżejszą atmosferę, ale mnie takie traktowanie bulwersuje, szczególnie gdy stoi za tym następca apostołów. Gdy uświadomimy sobie, że w wielu krajach, zakazane jest posiadanie Pisma Świętego, krzyżyków i innych dewocjonaliów, za co grozi wyrzucenie z pracy, a nawet śmierć, to słowo gadżet jest dość… obraźliwe.

Jeśli sami nie zaczniemy szanować swoich świętości, to nie dziwmy się, że inni będą nimi gardzić. Wierzę, że biskup, chciał dokonać jakieś zawiłej przenośni, ale czy młodzież zrozumie jego intencję? Może ci, którzy mają jakąś dodatkową formację, wyłapią jakieś głębsze intencje kryjące się za owym zwrotem, ale pozostali raczej skupią się na samym określeniu, co raczej nie uzmysłowi im znaczenia owych świętych znaków.

Nie mam wątpliwości, że bardziej do Boga zbliża człowieka szacunek do symboli, znaków i liturgii, niż infantylizacja tych rzeczywistości. Więcej dobrego w Kościele zrobi kapłan, który w skupieniu  przeżywa Mszę świętą niż ten, który wprowadza luźną atmosferę, by było miło. Dlaczego wprowadzamy tak lekkomyślnie, ducha tego świata do liturgii? Krytykuje się na potęgę Kościół sprzed stu lat, skoro to współczesne zmiany spowodowały, że kościoły opustoszały lub przestały istnieć, jak ma to miejsce np. we Francji czy Holandii. Holandii, która jeszcze niecałe sto lat temu, była potęgą m.in. w ilości powołań misyjnych, a dziś…

Odtrąbiono wielką przemianę, że liturgia zbliżyła się do ludzi, że wszystko stało się przystępne i łatwe, ale czy taki jest rzeczywisty cel ofiary Mszy Świętej? Zabawianie dzieci skupionych w pierwszych ławkach przez celebransa i pilnowanie ich przez katechetki podczas niedzielnej Eucharystii, to jakieś nieporozumienie. Kto, jeśli nie rodzice powinni uczyć dziecko zachowania i wykonywania pewnych znaków w kościele. Dzieci powinny uczyć się od rodziców, co wolno, a czego nie oraz tego, co jest święte. Warto tu przywołać słowa Romana Brandstaettera

Biblia leżała na biurku mojego dziadka. Biblia leżała na stołach moich praojców. Nigdy w bibliotece. Zawsze na podręczu. W naszym domu nikt nigdy Biblii nie szukał, również nigdy nie słyszałem, aby ktokolwiek pytał, gdzie ona leży. Wiadomo było, że u dziadków na biurku, u nas na małym stoliku obok fotela, w którym wieczorami zwykł siadać ojciec. Miejsce, na którym leżała Biblia, było dla mnie miejsce wyróżnionym. Gdyby mnie wówczas spytano, w czym upatruję owo wyróżnienie, na pewno nie umiałbym odpowiedzieć, mimo to odczuwałem niezwykle wyraźnie nadzwyczajność tego miejsca. Było ono dla mnie środkiem całego mieszkania, wyniesionym wysoko nad całe mieszkanie, punktem dokoła którego wszystko się obracało. Gdy ojciec wieczorami czytał Biblię, chodziłem po pokoju na palcach. Dziadkowi nigdy bym się nie ośmielił przerwać jej lektury. Obaj byli dla mnie w takich chwilach naznaczeni przywilejem nietykalności. Od najmłodszych lat byłem świadkiem nieustannej manifestacji świętości tej Księgi, jej kultu i wywyższenia

Czasami sam stosunek do rzeczy świętych, jest katechezą samą w sobie. Zwykły gest może zrazić i zbliżyć kogoś do Boga. Podam przykład. Gdy byłem jeszcze klerykiem w Zakonie Braci Mniejszych Kapucynów, czymś niesamowitym był widok starszych braci, którzy choć ledwo się poruszali, to jednak po wejściu do chóru zakonnego na modlitwy, klękali przed Najświętszym Sakramentem na dwa kolana (choć nie było wystawienia) i całowali ziemię. I jeśli mam zestawić taką postawę z kapłanem, czy ministrantem, który kuca niechlujnie lub kłania się przechodząc przed Tabernakulum, to nie muszę nikomu tłumaczyć, co bardziej przemawia.

Na koniec z dedykacją dla miłośników gadżetów: