110 kilogramów łaski Bożej

24 stycznia 2017

_DSC8518Na początku mojej katechetycznej przygody starałem się nie tylko dobrze wykorzystać czas na lekcjach, ale próbowałem również dotrzeć do młodzieży za pomocą innych środków. Chociaż nigdy zawodowo nie miałem do czynienia z teatrem, przez wiele lat prowadziłem zajęcia z pantomimy. Generalnie szliśmy na żywioł, czyli tak jak w polityce: jeśli wygramy wybory, to coś wymyślimy. Nie było widocznie tak źle, bo moja młodzież zdobywała laury we wszystkich konkursach, w jakich braliśmy udział. Specjalizowaliśmy się w repertuarze religijnym, co raczej nie powinno dziwić, skoro prowadzący był katechetą.

W czasie, gdy przygotowywaliśmy jasełka, moją uwagę skupiłem na innej akcji. Miałem zamiar umilić czas najmłodszym mieszkańcom naszego miasta i we współpracy z młodzieżą licealną przygotować żywą szopkę. Załatwiliśmy namiot i ciepłą herbatę od życzliwej jednostki wojskowej, zorganizowaliśmy zwierzaki ze stadniny i ogrodu zoologicznego, młodzież podzieliła się rolami, zaprosiliśmy za pomocą lokalnych mediów mieszkańców do wspólnego kolędowania i obiecaliśmy najmłodszym słodycze, a to, co zostanie, postanowiliśmy ofiarować do pobliskiego domu dziecka.

Wszystko było perfekcyjnie zaplanowane, tak że nawet nie „zawracaliśmy” głowy Panu Bogu prośbami o pomoc. Postanowiłem, że wszystko ogarnę i załatwię niczym superbohater, w myśl zasady: co, ja nie dam rady…

…i nie dałem. Na dwa tygodnie przed terminem żywej szopki nie miałem ani jednego cukierka. Obdzwoniłem wszystkie hurtownie i większe sklepy w promieniu kilkunastu kilometrów, żebrząc o słodycze jak politycy o głosy wyborców. Niestety NIC nie wskórałem. Wszyscy mówili, że im przykro, ale każdego dnia dziesiątki podobnych do mnie dzwoni do nich z taką samą prośbą. Widmo klapy organizacyjnej wzbudziło we mnie przerażające wizje załzawionych oczu dzieci pytających o obiecane cukierki.

Z tym depresyjnym nastawieniem udałem się na próbę jasełek. Choć spektakl miał raczej radosny scenariusz, ja wyglądałem jak aktor, który miał zagrać w sztuce pt. „Świąt nie będzie”. I właśnie wtedy pojawił się Bóg ze swoją łaską, jakby specjalnie czekał, aż zejdzie ze mnie poczucie pychy i samowystarczalności. Podeszła do mnie Magda, dziewczyna, która ma w sobie niewyczerpane zapasy szalonych pomysłów, i bez ogródek zapytała o przyczynę mojego nastroju. Choć nie jestem szczególnie wylewny, zrzuciłem na nią swoje zmartwienie. Ona uśmiechnęła się dobrotliwie, westchnęła z politowaniem i powiedziała: „Ech, Profesorze, a dlaczego nas Pan o to nie poprosił?”. Wtedy zrozumiałem, co oznacza wspólnota Kościoła w praktyce.

Dzień później ruszyła akcja „Cukierek”. W ciągu dwóch tygodni zebraliśmy 110 kilogramów słodyczy. Jedna z uczennic za całą gotówkę otrzymaną na urodziny kupiła ponad 10 kilogramów „Michałków”, które zapakowała w wielką poszewkę na poduszkę. Ale to zaledwie początek, bo gdy Bóg zaczyna działać, czyni to bez umiaru. Gdy upchnąłem tę górę słodkości do mojego auta – cały bagażnik i dwie reklamówki na tylnym siedzeniu – i zawiozłem na plac, gdzie znajdowała się żywa szopka, zastanawiałem się, czy zostanie ich także dla domu dziecka. Z lękiem obserwowałem blisko trzydziestkę dziewcząt przebranych za aniołki, które rozdawały garściami cukierki i wciąż wracały do namiotu, by napełnić koszyki. Po zakończeniu z ulgą stwierdziłem, że coś nam zostało. Zapakowałem ową „resztę” do samochodu i jakież było moje zdziwienie, gdy znowu stanąłem z dwiema reklamówkami słodyczy w rękach, które nie zmieściły się w bagażniku. Czy wierzę w cud rozmnożenia? Ku zgrozie dietetyków i radości dentystów powiem, że nie wierzę, ja to widziałem. Głupio musiałem wyglądać, stojąc przy otwartym samochodzie i płacząc ze wzruszenia. Reklamówki ułożyłem na tylnym siedzeniu i pojechałem tego samego wieczoru do domu dziecka.

Od tamtej pory wiem, że łaska Boga przerasta nawet najśmielsze oczekiwania. W pewnym sensie dałoby się ją zważyć, a wynik wyniósłby 110 kilogramów.