Odpowiedzialność za braci

28 czerwca 2014

biskupJestem zwolennikiem św. Josemaríi Escrivy de Balaguer, założyciela „Opus Dei”. To ten rodzaj świętego, który przemawia do mnie tak przez sposób życia, jak i nauczanie. Warto poczytać jego książki, bo nie znajdziemy tu skomplikowanych traktatów teologicznych, ale proste, praktyczne przemyślenia i wskazania do zastosowania od zaraz. Tak się składa, że każdego dnia otrzymuję za pośrednictwem poczty elektronicznej, jakiś fragment zaczerpnięty z pism Escrivy do rozważenia. Dziś dotarło do mnie zdanie, które dostarczyło mi wiele materiału do przemyśleń. Pozwólcie, że najpierw je przytoczę:

Kiedy przebywasz z jakąś osobą, winieneś widzieć w niej duszę: duszę, której należy pomóc, którą należy rozumieć, obok, której trzeba umieć żyć i którą należy zbawić”

Choć katolicyzm jest jeden, a nie jak chciałyby niektóre środowiska, podzielony na poszczególne czasopisma, rozgłośnie czy wielbicieli poszczególnych kapłanów, to niektóre postawy cieszą się aprobatą społeczną, a niektóre są krytykowane. Dobry katolik, to ten, który grzecznie każdemu czapkuje, o nic się nie upomina, pozwala każdemu na wygadywanie bzdur na temat jego religii i obrażanie Jezusa Chrystusa – jego Boga. Jeśli tylko pozwoli sobie na zabranie głosu, to natychmiast okrzyknięty jest fanatykiem, faszystą czy innym fundamentalistą. Jest przy tym zastraszany, wykpiwany i obrażany, nie wyłączając nawet członków jego rodziny.

Jednak słowa św. Escrivy rzucają nowe, nieco inne światło na problem relacji katolika z otoczeniem. Podnosi on poprzeczkę dosyć wysoko, bo w każdym człowieku powinniśmy dostrzegać nieśmiertelną duszę. Z tej perspektywy, rzeczywiście każdemu człowiekowi należy się szacunek. Niezależnie od jego poglądów, a nawet stosunku do nas czy nawet Jezusa. Tak, bywa to trudne, ponieważ ludzie w większości nie znający Ewangelii, domagają się od nas postawy chrześcijańskiej, ale sami z powodu tych zasad gardzą nami. Oni nie chcą byśmy byli katolikami i wprowadzali zasady wynikające z wiary w życie. Będą nas akceptować, gdy będziemy głosić ich poglądy, choć to znak, że jesteśmy już zaprzeczeniem człowieka wiary. To taka stara zasada zaczerpnięta z filmów o dzikim zachodzie, gdzie dobry indianin to martwy indianin. Dla wielu naszych rodaków, dobry katolik, to martwy katolik. Martwy, bo żyjący w grzechy śmiertelnym, depczący łaskę uświęcającą, odrzucający nauczanie Chrystusa, chowający głowę w piachu, gdy ktoś zechce opluć jego świętość.

My jednak ze względu na posłuszeństwo naszemu Panu, musimy wciąż szanować naszego bliźniego, pomagać gdy o to poprosi i co ważne, upominać przed wyborem drogi prowadzącej ku potępieniu. Jesteśmy odpowiedzialni za to, by mówić światu, że niektóre drogi prowadzą ku zatraceniu, a tylko jedna ku zbawieniu. O tym ostatnim elemencie naszej posługi względem bliźnich, zbyt łatwo zapominamy. Chcemy być zbyt poprawni, a za mało odpowiedzialni za losy bliźniego. Sam też się na tym łapię, że niektórym osobom z mojego otoczenia nie mówię (choć to mój obowiązek), że postępują wbrew dekalogowi, że nieodpowiedzialnie wybierają grzech. Tylu ludzi dla tymczasowej radości, która może potrwać nawet kilkadziesiąt lat, gotowych jest poświęcić wieczność z Bogiem. Kto jak nie ludzie wiary, powinni przypominać im, że Bóg istnieje, że każdy człowiek stanie kiedyś przed Nim i zda relację z tego jak pokierował życiem, które otrzymał od Stwórcy. Nie jesteśmy przecież zbiorem komórek, ale dziełem Boga i należymy do Niego.

Czy wzbudzimy na nowo w sobie gorliwość, taką jaką mieli apostołowie i pierwsi uczniowie, by żyć pośród braci, ale wskazywać na niebo i odważnie napominać, gdy sytuacja będzie tego wymagać? Nasi bliźni to część naszego życia i zdamy przed Bogiem sprawę z tego jak walczyliśmy o naszych braci.