Dostrojeni

06 listopada 2015

DSC_3971W poszukiwaniu inspiracji w pracy katechetycznej, zapuściłem się kiedyś na zaplecze sali, w której odbywają się zajęcia z fizyki. Czegóż tam nie było? Wśród wielu urządzeń, których nie potrafiłbym nawet uruchomić, w oczy wpadły mi stare kamertony sporych rozmiarów. Miła koleżanka ucząca fizyki wyjaśniła mi, że służą one do zilustrowania zjawiska rezonansu akustycznego. Potrzebne są do tego dwa kamertony o tej samej wysokości dźwięku. Po uderzeniu w pierwszy i stłumieniu dźwięku ręką, drugi nadal wydaje dźwięk. Naturalnie ów eksperyment nie sprawdza się w przypadku urządzeń o różnej wysokości dźwięku.

Kamertony postanowiłem wykorzystać podczas lekcji. Od razu pomyślałem o modlitwie i potrzebie „dostrojenia” się do Boga. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Przecież większość z nas przeczytała kilometry tekstów i wysłuchała godzin kazań oraz konferencji o modlitwie. Po takiej dawce informacji powinniśmy uchodzić za ekspertów w tej dziedzinie. Problem polega na tym, że nadal wielu z nas ogranicza się bardziej do teorii, zamiast zabrać się do praktyki.

Nikt nie twierdzi, że modlitwa jest prostym zadaniem. Na pewno jednak nie można miłować Boga, jeśli się z Nim nie przebywa i nie rozmawia. Nie ma innej drogi do prawdziwej miłości niż spotkania i rozmowy. Ileż razy słyszałem, że ktoś wierzy, ale nie praktykuje. Tylko czego nie praktykuje? Najczęściej owi „katolicy inaczej” odrzucają to, co stanowi szczyt modlitwy, czyli uczestniczenie w pamiątce ofiary Chrystusa i przyjmowanie Go pod postacią chleba. Twierdzą oni, że wolą pójść do parku czy na łąkę i tam po swojemu modlić się do Boga. To taka ekologiczna wersja chrześcijaństwa (choć nigdy nie widziałem modlących się katolików na łąkach lub w parkach). Nie trafia do nich argumentacja, że ich postawa przeczy nauczaniu Jezusa, w którego ponoć wierzą, a On powiedział:

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem” (J 6,53-55)

Należy pamiętać o tym, że by wejść na szczyty, trzeba sporo ćwiczyć. Godne traktowanie Eucharystii rodzi się z prostoty modlitwy prywatnej lub wspólnej w zaciszu domu. Oczywiście jest to dość trudne, ale konieczne. By dobrze przeżyć rodzinne święta, należy sporo przebywać ze sobą podczas zwyczajnych dni. Nic (poza naszymi własnymi ograniczeniami) nie stoi na przeszkodzie, byśmy poprzez naszą pracę czy obowiązki domowe zbliżyli się do Jezusa. Możemy je traktować jako uwielbienie Boga. Przecież On we wszystkim pragnie nam towarzyszyć. Oczywiście należy pamiętać także o tym, by znaleźć odpowiedni czas i miejsce na przebywanie tylko przed Bogiem. Zapewne łatwiej o taką chwilę w życiu zakonnym niż rodzinnym, gdzie współmałżonek lub dzieci potrafią nam ową intymność zakłócić, ale przecież Stwórca wie, jak trudno nam się skupić, wyciszyć i powiedzieć coś od siebie. Dlatego nawet wtedy wspiera nas swą łaską:

„Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26b)

Modlitwa? Niczego nie dodaje Bogu. Nie czyni Go bardziej boskim, jaśniejszym czy lepszym. Modlitwy potrzebuje człowiek, by zbliżyć się do Boga, ludzi i siebie. Modlitwą powinniśmy zaczynać i kończyć wszystkie sprawy. Modlitwa powinna być naszym ostatnim akordem na ziemi. Pokażcie mi świętych, którzy obywali się bez modlitwy, a wtedy uwierzę, że nie jest ona konieczna na drodze wiary. W życiu świętych wyraźnie widać pragnienie dostrojenia się do Jezusa, do przebywania z Nim. Nie może tęsknić za niebem i za spotkaniem z Bogiem ten, kto tu, na ziemi, nie chce z Nim rozmawiać