Ten pierwszy krok

07 lutego 2017

IMG_0697Od kiedy poderwałem swoje cztery litery z fotela, wiele się zmieniło. Planowałem swą aktywność fizyczną ograniczyć do regularnych wypadów rowerowych, ale szybko okazało się, że to dosyć drogi sport, a poza tym, Bytom nie ma odpowiedniego zaplecza w postaci dróg rowerowych i jeżdżenie po zmroku jesienią i zimą, jest równie bezpieczne jak zabawę trzylatka z miotaczem ognia.

Bieganie jest prostsze, tańsze, ale czy zdrowsze, to się okaże. Na razie jest wspaniale, choć czasami przychodzi zniechęcenie. Ale tu z pomocą przychodzi lektura, bo oprócz wysiłku fizycznego przeczytałem kilka ciekawych książek poświęconych tej formie aktywności. Odkryłem w nich  pewną zależność. Większość autorów (o ile nie wszyscy) podkreślali, że w bieganiu najtrudniejszy jest pierwszy krok. Ten, który trzeba wykonać, by wyjść z przytulnego i ciepłego domu.

IMG_0412I tu muszę się zgodzić z autorami owych publikacji. Szczególnie teraz, gdy za oknami ciemno, ponuro, a na ulicach i chodnikach zalega breja pośniegowa. W takiej sytuacji ciepło domowe jawi się jako bezpieczne schronisko. Do tej pory przebiegłem 1022 km i doszedłem do momentu, gdy minęła pierwsza fascynacji i nadszedł czas budowania trwałego związku, a to związane jest nie tylko z radością, ale także z koniecznością wyrzeczeń i poświęceń.

IMG_0711Czytając o „pierwszym kroku”, chciałem wierzyć autorom tych słów i wyobrażałem sobie tę chwilę jakby na zwolnionych obrotach z podniosłą muzyką w tle, gdy w mglisty poranek nakładam kaptur na głowę i ruszam biegiem przed siebie środkiem podświetlonej alejki parkowej. Nie lubię takiego określenia, ale narzuca się ono samo – magia chwili. To jak kopia wielu reklam butów do biegania lub innego sprzętu sportowego.

Jakby nie było, coś w tym jest. Gdy wracam do domu, po pracy, konferencji lub jakimś szkoleniu, a ciało domaga się resetu od wszelkiego wysiłku i buntuje się na ponownie wyjście w noc, wtedy ów pierwszy krok smakuje najlepiej. I nie jest ważne, czy przebiegnę 3 lub 10 km. Już z chwilą pierwszego kroku, jestem zwycięzcą, bo pokonałem swoje lenistwo i umiłowanie luksusu.

Naturalnie, by doświadczyć tego uczucia, trzeba zrobić ów krok. Inaczej pozostaje gorycz niezaspokojonego pragnienia, co często przeradza się w kpinę. Przechodziłem ów stan. Widząc ludzi, którzy męczyli się na siłowni, biegali lub machali kijkami, kwitowałem to szyderczym spojrzeniem, by zamaskować swoją bierność. Ich wysiłek uzmysławiał mi, że porzuciłem heroizm na rzecz hedonizmu. To zaszło tak daleko, że emanowało na wiele innych dziedzin życia. Owa ociężałość fizyczna, paraliżowała i ducha. Byłem biernym gapiem, który z bezpiecznego dystansu obserwował życie, sam unikając jakiejkolwiek konfrontacji.

Zapomniałem, że w życiu należy mieć jakieś cele, dla których warto podjąć wysiłek. Jedni chcą mieć klatę jak grecki heros, inni dobrą pracę, dojść do bieguna północnego, wdrapać się na ośmiotysięcznik, zdać egzamin na specjalizację, odbyć pielgrzymkę lub przebiec maraton. Jeśli cokolwiek z tego staje się celem samym w sobie, to wcześniej czy później przyjdzie rozczarowanie. Jednak jeśli są to tylko środki do czegoś większego, to nadają naszemu życiu jakiejś treści. Oczywiście z mojej perspektywy, jako człowieka wierzącego, wszystkie inne cele poza zbliżeniem się do Boga, są tylko namiastką dającą tymczasową satysfakcję.

Jednak podziwiam ludzi, którzy nie dali się zredukować do słupków wydajności i średnich ocen. Oczywiście jest różnica między biernym podziwianiem innych, a próbą zmierzenia się ze sobą i swymi ograniczeniami. Najtrudniej zrobić ten pierwszy krok. Spróbujesz…?

A co do muzyki pasującej do momentu pierwszego kroku, to zawsze w głowie mam ten motyw: