Spotkałem ratownika

07 kwietnia 2018

Tak się złożyło, że przez pewien czas, przebywałem w szpitalach. Nic poważnego mi nie było, ale to był mój szpitalny debiut w roli pacjenta, więc i przemyśleń miałem całkiem sporo. Nie trzeba być chorym, by odkryć wartość zdrowia, ale wiem, że choroba i pewne ograniczenia z nią związane, bardzo zbliżają do Boga – przynajmniej w moim przypadku. Jednak zauważyłem, że wielu ludzi, nie wykazuje więzi z Chrystusem, a przez to nie chce mieć w Nim wsparcia. Koliduje to mocno, z tym czego naucza nas Jezus w Ewangelii

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię(Mt 11, 28)

Wyczułem nawet swoiste lekceważenie, by nie powiedzieć pogardę, gdy wspomniałem komuś, że polecę go w modlitwie. Szpital okazał się jakby pustynią duchową. Może to tylko specyfika oddziału na którym byłem… Nie wiem, ale nawet wtedy gdy kapłan przyszedł z największym skarbem, czyli Chrystusem eucharystycznym, niektórzy pacjenci z mojej sali, uśmiechali się pod nosem, jakby zdziwieni, że ktoś może w tym miejscu myśleć o Bogu.

Jednak byłbym niesprawiedliwy, pisząc tylko o negatywach. Wszystko zmieniało się, gdy była możliwość rozmowy na osobności, tak z pacjentami jak i pracownikami służby zdrowia. Wyczuwało się wtedy ogromną tęsknotę za Bogiem, ale często na drodze do poukładania sobie relacji z Bogiem stał indywidualny grzech. Tak to już jest, że za większością uprzedzeń do Chrystusa, Kościoła i religii, kryje się przywiązanie do grzechu. Wtedy pomaga cierpliwość i szacunek do rozmówcy, by nie czuł się napiętnowany, ale także by nie odniósł wrażenia, że wszystko jest w porządku, że nic się nie stało, co często słychać u wielu dostojników kościelnych. W ich nauczaniu pobrzmiewa fałszywa nuta o pewności nieba dla każdego.

Oprócz cierpliwego tłumaczenia nauczania Kościoła i dementowania plotek medialnych na temat katolików, ważne jest osobiste świadectwo ludzi wierzących. I tu chciałem wspomnieć o pewnym człowieku. W dniu przyjęcia na oddział, udałem się do kaplicy szpitalnej. Czytałem w tym zacisznym i nastrojowym miejscu Pismo Święte, gdy otworzyły się drzwi i wszedł ratownik medyczny. Pomyślałem, że może szuka pacjenta, który zwiał z oddziału, ale ku mojemu zdziwieniu, ukląkł na klęczniku i przez długą chwilę modlił się ciszy. Patrzyłem na niego jak w obrazek, delektując się tym widokiem i czerpiąc siły z jego skupienia i pokory. Poczułem, że oto na moich oczach spełnił się fragment Ewangelii o celniku i faryzeuszu (por. Łk 18, 9-14), gdzie naturalnie w roli tego drugiego widziałem siebie. Gdy już miałem wyjść, ten niesamowity człowiek zaczepił mnie i tak zamieniliśmy kilka zdań. Podziękowałem mu za świadectwo jakiego mi udzielił, a on z pokorą w głosie powiedział, że szuka w modlitwie sił do posługi ludziom zmagającym się cierpieniem i lękiem. I choć szpital to raczej nieciekawe miejsce, poczułem się spokojnie wiedząc, że ktoś patrzy na mnie z szacunkiem i troską wynikającą z wiary w Chrystusa. Wiedziałem, że oto Pan w swej łaskawości postawił na mojej drodze brata w wierze, za co Bogu niech będą dzięki.