Sokoła ze mnie nie będzie

02 czerwca 2019

31 maja pozostanie w mej pamięci jako dzień, w którym przekonałem się, że sokoła ze mnie nie będzie. Wybrałem się z moim przyjacielem Jackiem na XII bieg Sokoła do Zakopanego. Organizatorem tej imprezy jest Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Bieg Sokoła na dystansie 15,6 km, to jedna z trzech cyklicznych imprez biegowych, która odbyła się w ostatni weekend. W piątek startuje bieg, o którym piszę, w sobotę 1 czerwca odbył się Wysokogórski bieg im. dh. Fr. Marduły na dystansie 32 km i 2 czerwca odbył się bieg im. Władysława hr. Zamoyskiego na dystansie 10 km.

To mój pierwszy bieg w tych rejonach i miałem ogromną tremę. Do tej pory brałem udział w kilku beskidzkich biegach. Oprócz tego trzeba dodać, że podczas tej imprezy odbywają się także Mistrzostwa Polski i zjeżdża się tam elita biegaczy górskich. To okazja, by popatrzeć na szczupłych i umięśnionych zawodników, wśród których ja wyglądałem jak drwina z tej dyscypliny sportu. Ale spokojnie, nie mam żadnych kompleksów w tym względzie. Chciałem tam pobiec, bo pokochałem ten rodzaj aktywności i lubię walczyć z sobą, gdy każda kość i mięsień krzyczy mi: ty idioto, a mogłeś być teraz w domu w wygodnym fotelu! Mam sobie coś do udowodnienia, pewne stare porachunki…

Przed startem

Zacznijmy jednak od początku. W stolicy polskich Tatr wylądowaliśmy około godziny 14. Bieg miał się rozpocząć o godzinie 16.00. Zaparkowaliśmy w Kuźnicach i pieszo udaliśmy się na poszukiwanie biura zawodów, w celu odebrania tzw. pakietów startowych. I tu pierwsza uwaga do organizatorów. Warto ustawić wolontariuszy lub jakieś banery, by wskazać drogę na miejsce startu. Instynktownie skierowaliśmy się z parkingu pod górę w stronę kolejki na Kasprowy (w końcu to bieg górski), pytając mijających nas w przeciwnym kierunku ludzi, czy na górze są jakieś namioty informujące o biegu. Wszyscy twierdzili, że nic takiego nie widzieli. Na szczęście dołączył do nas inny uczestnik, który potwierdził, że obraliśmy dobry kierunek. O godzinie 15.00 otwarto biuro zawodów zlokalizowane na ławce koło hotelu. Na kamieniu obok ustawiono mała tabliczkę, z której wynikało, że dotarliśmy na właściwe miejsce. W pakiecie poza materiałami reklamowymi były: koszulka techniczna, numer startowy i żel energetyczny. I tu wielkie słowa uznania dla organizatorów. Numery nie były wydrukowane na papierze, ale wykonano je z materiału. Rewelacyjne rozwiązanie, bo papier łatwo zniszczyć lub zamoczyć. Brakowało jedynie dziurek, przez które można zaczepić je do paska na numery. Trzeba było używać agrafki, co nie jest wygodne. Niestety nie było się gdzie przebrać i wielu uczestników korzystało za odpłatnością z hotelowej toalety.

Marcin Świerc i to na tyle…

Szybko powiększała się liczba uczestników z Polski i zza granicy. Oddaliśmy rzeczy do depozytu, za który odpowiadały bardzo serdeczne dziewczyny i postanowiliśmy się trochę rozejrzeć. Nie wiedzieliśmy, w którym miejscu będzie start, więc skupiliśmy się na otoczeniu. Początkowo pogoda była pochmurna i nie było widać gór i przyznaję, że po blisko trzydziestu latach od mojej ostatniej wizyty w tym miejscu chciałem zobaczyć chociaż na chwilę coś, co przypominałoby Tatry z młodości. Wkrótce w tłumie dostrzegliśmy Marcina Świerca, który jest dla nas wielką gwiazdą. Przepraszam, że nie wymieniam tu innych znanych, a tam obecnych, ale z racji na to, że od niedawna czytam i oglądam materiały na temat biegów górskich i ultra, zwyczajnie rozpoznaję jedynie kilka osób. Mało kulturalnie przerwaliśmy rozmowę Marcinowi i poprosiliśmy o możliwość zrobienia zdjęcia. Nie ukrywam, że z takim zamiarem tam m.in. jechałem. Marcin powiedział, że może po biegu strzelimy wspólną fotkę, ale zapytałem, czy będzie specjalnie na mnie czekał do wieczora? To zapewne go przekonało. Choć zamieniliśmy kilka zdań, to jednak nie ma w nim ani gwiazdorzenia, ani poczucia wyższości. Uśmiech stale gości na jego twarzy i co ważne potrafi w jednym zdaniu dodać otuchy przed biegiem. Nie mam złudzeń co do siebie. W moim wieku, z kilkudziesięcioma latami nic nie robienia, każdy bieg, to walka o przeżycie, ale po spotkaniu z nim czułem, że mogę wszystko, co szybko zweryfikowałem tuż po starcie.

Na linii startu stawiło się ok. 200 zawodników. Organizator przypomniał ogólne zasady takich biegów i wspomniał coś na temat, że trasa jest bardzo wymagająca, bo jest bardzo ślisko, ale reszty nie słyszałem za dobrze, bo stałem tradycyjnie z tyłu stawki. Przestrzegał przed jakimiś „niebezpiecznymi zbiegami”. Szkoda, że nie było nagłośnienia lub chociaż tuby, ale najważniejsze informacje do mnie dotarły. Wystartowaliśmy ok. 16.15 od razu pod górkę. Biegłem, bo inni też biegli i zastanawiałem się, czy ktoś w końcu przejdzie do marszu. Cała elita szybko zniknęła za zakrętem, a grupka kilkunastu amatorów przestrzegając zasad o nie przekraczaniu bezpiecznej szybkości pięła się mozolnie z tyłu. Chciałbym tu napisać, że walczyłem dzielnie, że przez długi czas byłem w środku stawki, ale… tak nie było. Wkrótce dopadł mnie młody sympatyczny człowiek, z przypiętą kartką „KONIEC”. Tak, to był przedstawiciele organizatorów, który zamykał trasę. W chwilach, gdy potrafiłem coś wydyszeć, poprosiłem, że jeśli będę ostatni na mecie, to koniecznie muszę zrobić sobie z nim zdjęcie. Nigdy do tej pory nie zamykałem stawki, choć zawsze jestem gdzieś blisko ostatnich miejsc. Cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz. W końcu tak bywa w sporcie, że ktoś musi być ostatni, by ktoś mógł być pierwszy.

Koniec jest bliski…

Rzeczywiście moje przeczucia okazały się słuszne, zająłem ostatnie miejsce. Trasę pokonałem z czasem: 3g:04m. Dla porównania, zwycięzca pokonał ten dystans nieco ponad 1g:20m. W tym miejscu pragnę złożyć mu szczere gratulacje. Mój przyjaciel Jacek, ukończył bieg z czasem 2g:02m. Taki z niego przyjaciel, widzę go na starcie, a potem na mecie 😉 Mało tego, gdy już ukończył bieg, przebrał się, zjadł coś ciepłego, napił się, odebrał rzeczy z depozytu i czekał na mnie, dowiedział się, że któryś z uczestników ma spore problemy ze skurczami i wymagana jest pomoc. Zapytał, jak wygląda ten gość (myśląc oczywiście o mnie), ale usłyszał, że jakiś młody i szczupły. Z ulgą stwierdził, że to nie ja… Rozumiecie? Fakt, że byłem najobfitszy w pasie wśród uczestników, ale mógł chociaż dla pozoru zapytać o nr startowy (mieliśmy dwa kolejne), by zneutralizować nico wydźwięk jego reakcji 🙂 Nie ma to jak wsparcie przyjaciół i bliskich… Mówiąc na poważnie, jestem mu bardzo wdzięczny, że wciągnął mnie w tę przygodę. A najzabawniejsze jest to, że zawsze – powtarzam – ZAWSZE gdy czeka na mnie na mecie, myśli czy zabiję go po zakończeniu biegu, za to co musiałem wycierpieć. Jak do tej pory, jeszcze nie było takiej sytuacji.

Jeśli chodzi o wrażenia z trasy, to było tak jak zapowiadał organizator, mokro, ślisko, błotniście i stromo, czyli PIĘKNIE. Jednak to wszystko nic w obliczu widoków. Fakt, że nie były to wysokie Tatry, ale i tak mój apetyty został zaspokojony. Były piękne dolinki, podejścia po kamienistych stopniach, kładki nad rwącymi potokami, pnące się się wokół skały, czyli cudownie! Nie wiem, czy mój skrócony oddech był skutkiem wysiłku,czy zapierających dech w piersiach widoków. Pod tym względem, polecam każdemu bieg Sokoła, jak i wszystkie pozostałe imprezy podczas tego weekendu. Oczywiście nie mam dużego doświadczenia i materiału porównawczego, ale to przecież Tatry, a one bronią się same. Organizatorzy fantastycznie poprowadzili trasę, w taki sposób, by dozować wrażenia. Ukończyłbym bieg poniżej 3 godzin, ale co jakiś czas przystawałem, by napawać się widokami i robić zdjęcia. Plusem był fakt, że nie było limitu czasowego i dopóki biegłem, trwały zawody… To też ciekawe doświadczenie, że po tobie, ktoś zwija imprezę. Starałem się każdemu z wolontariuszy i ratowników medycznych podziękować za ciężką pracę i cierpliwość, że na mnie czekali. Ale powiem tak, gdyby nie to, że musieli czekać na mnie, biegłym dłużej, by cieszyć się otoczeniem.

Na mecie czekał na mnie Jacek i kilka osób obsługi. Przyznaję, że byłem zmęczony, ale przede wszystkim głodny. Osobiście lubię biegać o świcie lub rano. Nie zjadłem żądnego obiadu, a to co miałem to szybko spaliłem podczas biegu. Marzyłem o najzwyklejszym bananie i jakaż byłą moja radość, gdy na mecie czekał na mnie w połowie pełny karton doskonałych, słodkich bananów. To była nagroda za walkę! Podziękowałem mojemu aniołowi stróżowi, z napisem KONIEC , odebrałem z rąk Jacka medal i udałem się na ciepły posiłek. W stołówce hotelowej bardzo miła pani, poczęstowała mnie makaronem z pysznym sosem i kurczakiem. I to właśnie lubię w imprezach biegowych. Mam taki sam medal i ten sam poczęstunek po zakończeniu, jak osoba z pierwszego miejsca. Mało tego, miałem więcej, bo po mnie nie było nikogo i mógłbym do woli sobie dokładać…  Marcina Świerca niestety nie było i dziękowałem Opatrzności, że udało mi się zrobić wymarzone zdjęcie wcześniej.  Rada na przyszłość: łapcie okazję, bo może się nie powtórzyć! Generalnie z pełnym przekonaniem mogę polecić ten bieg. Może, jeśli wytrwam w aktywności i nabiorę chociaż trochę krzepy, to za rok wrócę na Sokoła i Zamoyskiego?

Kończąc, powiem o największej nagrodzie. Gdy wyjeżdżaliśmy z Zakopanego niebo się oczyściło i mogliśmy przez chwilę kontemplować widok Tatr oświetlonych zachodzącym słońcem. Mógłbym tak stać  godzinami. Podszedł do mnie pewien góral pchający taczkę. Powiedziałem z zachwytem, że widok mnie powala, na co on odparł, że gdyby brał 5 złoty o każdego, kto patrzy na Tatry z jego podwórka, to byłby bogaty… Ech, gdyby górale bardziej kochali góry, niż dutki…