Przyjaźń na śmierć i życie

11 listopada 2016

_DSC8243Michał przegrał z chorobą nowotworową, choć jego życie niewątpliwie można uznać za sukces. Jako mężczyzna, mąż, ojciec i, co ważne, katolik radził sobie na tyle dobrze, że mógł być stawiany za wzór. Poczytuję sobie za zaszczyt fakt, że zaliczał mnie do grona swoich przyjaciół. Mieliśmy wspólne poglądy na wiele spraw, słuchaliśmy podobnej muzyki i nawet nasze poczucie humoru było bliźniaczo podobne. Można rzec – przyjacielska sielanka.

Gdy Michał dowiedział się o swojej chorobie, spanikowałem i stchórzyłem. Zawsze czułem się bezradny wobec ludzkiego cierpienia i strachu, bojąc się ograniczenia moich reakcji do litości i opuszczenia rąk. Wstydzę się tego, ale odsunąłem się od mojego przyjaciela, choć on chciał się spotykać i normalnie pogadać. W czasie jego choroby widziałem go zaledwie kilka razy. Gdy przykuła go ona do łóżka, nie odwiedziłem go ani razu. Nie pożegnałem się z nim przed odejściem z tego świata.

Ponad rok po jego śmierci, w pewną niedzielę, gdy uczestniczyłem w wieczornej mszy świętej, zobaczyłem jego żonę i dzieci. Wspomnienia i poczucie wstydu wróciły. Choć byłem na pogrzebie i przez cały czas modliłem się za niego i jego bliskich, nie potrafiłem sobie wybaczyć zdrady. Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem intencję, w której sprawowano pamiątkę Ofiary Jezusa. Modlono się za Michała. Łzy napłynęły mi do oczu i zdałem sobie sprawę, że skoro w życiu nie ma przypadków, to jestem tu niejako na jego zaproszenie.

Chyba nigdy wcześniej z takim nabożeństwem nie uczestniczyłem w Eucharystii. Po jej zakończeniu padłem na kolana i płacząc, powtarzałem: „Przepraszam, Michale, że Cię zawiodłem”. Prosiłem Boga i Michała o wybaczenie. Poprosiłem też (o ile Bóg udzieli tej łaski), by mój przyjaciel dał mi znać, że jest szczęśliwy. W tym momencie podeszła do mnie jego żona, która dotknęła mojego ramienia i wyciągając otwartą dłoń w moją stronę, powiedziała, że Michał na pewno chciałby, żebym to miał. Zobaczyłem zapinkę w kształcie krzyża jerozolimskiego, którą Michał często nosił w klapie marynarki.

Wierzę, że jest z Bogiem, bo zawsze stawiał na Chrystusa. Odszedł z tego świata, pojednany ze Stwórcą i bliźnimi. Jego życie i teraz przynosi dobre owoce. Bardzo często modlę się za niego i za jego wstawiennictwem. Czuję obecność mojego przyjaciela i głęboko wierzę, że jeśli dochowam wierności Jezusowi, jeśli nie zmarnuję łaski wiary, kiedyś spotkam Michała i wspólnie będziemy radować się tym, czego „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć” (1 Kor 2,9).