Palantir w oko krytykom

29 grudnia 2014

HobbitWbrew wszystkim zawodowym i amatorskim krytykom stwierdzam, że Peter Jackson, stworzył świetne dzieło. Potrafił na blisko czternaście lat wypełnić mi głód oczekiwania na film, a to już jest coś. Mało tego, mimo tysięcy przekłamań w scenariuszu w odniesieniu do książki prof. J.R.R. Tolkiena, stworzył arcydzieło. Dla porównania wystarczy przywołać przykład naszej rodzimej superprodukcję „Ogniem i mieczem”, gdzie efekty specjalne robiły chyba dzieciaki z przedszkola np. w scenie płonącej twierdzy Bar, za którą „robił” klasztor w Tyńcu. Chciałoby się powiedzieć, czymże są dymy w Barze w porównaniu z dymami Isengardu? Albo weźmy taką filmową wersję „Wiedźmina”, która mogła być szansą, a stała się antyreklamą samego dzieła literackiego. Gdzie był Sapkowski, gdy filmowcy niszczyli jego pracę? Na szczęście dla „Wiedźmina” powstała gra, która stała się hitem na skalę światową, ale stoją za tym prawdziwi specjaliści od animacji komputerowych, a nie partacze z od efektów filmowych.

„Władca pierścieni” czy „Hobbit” przejdą do historii kina i będziemy je oglądać z podobną przyjemnością jak dziś jeszcze po wielu latach. A krytycy, niech gadają, wszak za to im płacą, by krytykowali. Przez kilkadziesiąt lat chodzenia do kin, przekonałem się, że krytycy bywają użyteczni. Ilekroć wybrałem się na zachwalany przez nich film, żałowałem wydanych na bilet pieniędzy. Natomiast im bardziej owi znawcy szydzili, wytykali i piętnowali jakiś film, tym bardziej mi się podobał. Zatem stwierdzam, że to zawód bardzo użyteczny, bo uniemożliwia mi wyrzucania pieniędzy w artystyczne błoto. Tak wolę, kino rozrywkowe w stylu jaki proponują nam twórcy „Hobbita”, niż wielkie dzieła psychologiczno-dramatyczno-egzystencjalne, po których wychodzę z kina z objawami depresji.

Jasne, że nie wszystko mnie zachwyca w dziełach Jacksona inspirowanych literaturą Tolkiena. Były nawet momenty, że załamywałem ręce jak chociażby postać Radagasta i jego zaprzęgu króliczków czy przeczące zdrowemu rozsądkowi i prawom fizyki wyczyny elfa Legolasa. Ja jednak będę miał w pamięci głównie sceny, które mnie porwały, rozmachem, patosem czy właśnie efektami. Dla mnie dzieło Jacksona, będzie kojarzyło się zawsze ze sceną, gdy jeźdźcy Rohanu przybywają z odsieczą do Minas Tirith. Moment szarży Rohańczyków na armie Mordoru, wycisnął mi łzy z oczu i za to będę wdzięczny tej szalonej ekipie filmowej.

Naturalnie nie da się porównać książki do filmu i to chyba w żądnym przypadku. Jednak w tej konkretnej próbie, udało się to z powodzeniem, bo film raczej zachęca do przeczytania książki, co widzę na przykładzie mojej córki. Pozostaje tylko jedna kwestia, na co teraz czekać? Jaka premiera może wzbudzić tyle emocji, czy może nowa część „Gwiezdnych wojen” lub kolejna odsłona „Opowieści z Narni – Srebrne krzesło”? Na pewno będzie jakiś dreszczyk, ale Śródziemie jest tylko jedno, a „Silmarillion” wciąż czeka na wersję filmową.