Leśnik Jesień 2019

11 września 2019

Termin: sobota, 31 sierpnia. Miejsce: Korbielów. Nazwa imprezy: Maraton Górski Leśnik. W skali od 1 do 10: pewna 10. Z pełnym przekonaniem polecam cały cykl Leśnika, który podzielony jest na pory roku, a swoim zasięgiem obejmuje całe Beskidy. Jednak tym razem wraz z Ewą i Jackiem wybraliśmy się na edycję jesienną.

Mimo, że był to cykl jesienny, pogoda była letnia. Niebo błękitne, upał, nieustanne marzenie o cieniu oraz litry potu i wlewanych w siebie płynów. Na szczęście organizatorzy łaskawie wyznaczyli limity czasowe na 10 godzin, co nawet dla mnie było bezpiecznym marginesem. Na trasie pomyślano również o dobrze zaopatrzonych punktach na uzupełnienie płynów  i wypełnienie brzucha.

Na miejsce dojechaliśmy około godziny 7 rano. Biuro zawodów działało pełną parą i szybko załatwiliśmy formalności, otrzymując pamiątkowy numer, chip na but i czapkę z wyznaniem miłości tajemniczym „kiepkom”. Dla niewtajemniczonych: kiepki, to górki lub podbiegi, o których z nieukrywaną satysfakcją mówił na odprawie przedbiegowej  Michał. Każdy kojarzy go właśnie z nieoczekiwanymi zmianami trasy, w myśl głoszonej tam dewizy: „nic co łatwe, nie cieszy tak bardzo”. Kto choć raz nawiedził „Leśnika” nie pozostaje obojętny i albo będzie wyzywał organizatorów i nie wróci więcej, albo będzie wyzywał organizatorów i wróci na kolejną edycję. Tak to jest z Leśnikiem, że się go albo nienawidzi albo kocha.

Pół godziny przed startem wysłuchaliśmy odprawy, ale z racji na brak nagłośnienia nie słyszałem zbyt wiele. Wielka szkoda, bo oprócz istotnych wskazówek na temat trasy czy różnych niebezpieczeństw, jest to prawdziwy popis retoryki. Dla samej odprawy warto wystartować na Leśniku. Jednak to, co najważniejsze dotarło do ostatnich rzędów, na zasadach głuchego telefonu.

Wspólny start na wszystkich dystansach zaplanowany był na godzinę 8:00. Do wyboru były trzy dystanse: pełny LEŚNIK 45 km, PółLEŚNIK 31,9 km, SpeedLEŚNIK 20 km. Planowo chciałem ruszyć na PółLEŚNIKA, ale ostatecznie zmieniłem na Speeda, bo borykam się z pewną kontuzją, a to, co w tym roku najważniejsze w biegach, dopiero przede mną.

W przypadku jesiennej tury, start był bezpośrednio pod górkę, bo to w końcu bieg górski… Ja tradycyjnie zasiliłem tyły stawki, bo wiem na co mnie stać. Oczywiście, dla pozoru ruszyłem biegiem, by po kilkudziesięciu metrach przejść do marszu. Jednak, to co najbardziej mnie deprymuje, w tego typu zawodach, to komunikaty pojawiające się na zegarku. Mam ustawioną tzw. automatyczną pauzę, która podczas treningu uruchamia się w chwili postoju czy bezczynności. Automat jest głupi i nie wie, że w chwili, gdy mozolnie wspinam się pod górę, moje tempo jest tak minimalne, że zegarek odczytuje to jako przerwę. To może wkurzyć i odciąć wszelki zapał. Mnie natomiast bawi. Mogę śmiało nabijać się z siebie i z tego, na co się zamierzyłem. Dzięki takim doświadczeniom, uczę się dystansu do siebie i pokory. A to coś równie wielkiego jak puchary i pierwsze lokaty. Gdybym był dobry w biegach górskich, nastawiałbym się na rywalizację, a skoro jestem słaby, nastawiam się na przetrwanie i czerpię radość z każdego pokonanego kilometra. I właśnie za to bolesne i upokarzające doświadczenie, jestem bardzo wdzięczny organizatorom Leśnika.

Chociaż trasa była wspaniale oznakowana, zdarzyło mi się zabłądzić, ale po jakichś kilkuset metrach zorientowałem się, że coś jest nie tak. Okazało się, że ładne widoczki i wygodny szlak stępiły moją czujność. No właśnie, podczas Leśnika, nie należy zakładać, że będzie logicznie. Można biec kilka kilometrów w miarę komfortowych warunkach, by nagle skręcić i przedzierać się przez plątaninę krzaków i korzeni. Tym razem, był to zbieg korytem strumienia. Nowe dla mnie doświadczenie, które oprócz wyzwań czysto technicznych jak śliskie kamienie i rozmokły teren, dało wiele frajdy. Coś tam podczas odprawy dotarło do mnie na temat jakiegoś strumienia, ale nie dosłyszałem szczegółów. Przypuszczałem, że będzie to przeskoczenie po kamieniach na drugą stronę, a nie zbieganie w dół zgodnie z jego nurtem. Z moim przyjacielem Jackiem, określamy takie trasy mianem Michałkowych szlaków. Ci, którzy je wymyślają, muszą najpierw sami je przebyć, dlatego tak bardzo szanuję ich ciężką pracę. Na początku przemierzają trasę, by zliczyć kilometry. Później robią to ponownie, by ją oznakować. Po wszystkim czeka ich jeszcze jeden bieg, by zdjąć oznaczenia. Niesamowity wysiłek!

Wkrótce czekała na mnie kolejna przygoda, bo pierwszy raz mogłem się zmierzyć z przeprawą przez rzeczkę. W przypadku upału, to wspaniałe doświadczenie. Cudownie było wejść do zimnej i pokrzepiającej wody, choć byli i tacy, którzy marzyli o przeprawie suchą stopą. Po drugiej stronie czekał pierwszy punk żywieniowy, gdzie każdy mógł uzupełnić zapasy. Oczywiście cała zabawa polegała na tym, by po posileniu się, kolejny raz przejść przez rzekę i wrócić na szlak. Zabawa na całego. Gorzej byłoby w przypadku odmiennej aury. Brodzenie po kolana w zimnej wodzie, w równie zimny i ponury dzień, byłoby dość traumatyczne. Jednak niezależnie od pogody takie chwile zwyczajnie się pamięta. Na to się czeka, a Leśnik nie zawodzi oczekiwań.

W bieganiu jest spory element zaskoczenia. Podczas tej imprezy biegł też mój znajomy, który mijał mnie podczas przeprawy przez rzekę. Uśmiech od ucha do ucha i radość z przebytej drogi. Jakież było moje zdziwienie, gdy spotkałem go kilka kilometrów dalej siedzącego na szlaku i walczącego ze skurczem. Biorąc pod uwagę, że z reguły zamykam tyły, postanowiłem mu towarzyszyć w drodze, bo chciał biec dalej, ale z każdym krokiem walka stawała się coraz cięższa. Wkrótce skurcze zaatakowały mu obie nogi, a odwodnienie dodatkowo osłabiało. Nie chciał jednak zrezygnować, a zostawienie go na szlaku nie wchodziło w rachubę. On na moim miejscu zrobiłby to samo. W takich sytuacjach nie ma znaczenia wynik. Podziwiam jego walkę, bo każdy krok w trudnym terenie okupił wielkim cierpieniem. Dotarł do mety z grymasem bólu, ale z poczuciem spełnienia po stoczonej walce. Zakładam, że organizatorzy Leśnika (jak i innych biegów górskich czy długodystansowych) mogliby przywołać wiele podobnych historii walki z samym sobą. Chociaż od tamtej pory go nie spotkałem, to wierzę, że wkrótce znów stanie na linii startu, może Leśnika… Już wkrótce będzie ku temu okazja, bo 30 listopada w Bielsku-Białej czeka nas edycja zimowa.

Jeśli tylko Najwyższy uchroni mnie od kontuzji, to na pewno tam wrócę, bo dobrze jest spotkać pasjonatów wśród organizatorów i uczestników. To ten typ biegów, że nawet ostatnie miejsce promowane jest nagrodą, której „niestety” nie dane mi było do tej pory zdobyć.

Leśnika nie poleciłbym nikomu, jako pierwszej imprezy biegowej w górach. Na innej edycji spotkałem na trasie gościa, który na swój debiut wybrał trasy przygotowane przez Michała. Nie będę cytował jego teksów, bo w końcu to blog katechety, ale swój wywód zakończył stwierdzeniem, że  nigdy więcej nie będzie biegał w górach. Oczywiście każdy jest inny i w odmienny sposób przeżywa trudności. Osobiście debiutowałem na Leśniku, sił dodawało mi to, że wspomniany Michał, nie wierzył w moje możliwości. Chęć udowodnienia mu, że się co mnie mylił, dodawała mi sił w chwilach bólu, walki ze skurczami i pokusą zejścia z trasy. Czy mnie podpuszczał, tego nie wiem, ale ważne, że udało mi się Leśnika zaliczyć do tej pory cztery razy.

PS. Za pomoc w redakcji dziękuję br. Piotrowi OFMCap – on wie, o co chodzi…

W wyobrażeniu sobie, czego można oczekiwać po Leśniku może pomóc film ekipy „Zabieganych”, do obejrzenia którego zachęcam.