Kuchenne potyczki

03 lipca 2014

Wakacje kojarzą się z relaksem, odpoczynkiem i miłym spędzaniem czasu. Generalnie sielanka, że aż miło. Jednak i tu czyhają na mnie niebezpieczeństwa i pułapki, które potrafią ten miły czas nieco uprzykrzyć.

stółGeneralnie są dwie rzeczy, których nie znoszę podczas urlopu. Jedną z nich jest poligon doświadczalny zwany kuchnią. Tu nie wykazuję nawet znamion jakichkolwiek zdolności. Raz, że nie ma takiej konieczności, bo moja żona jest mistrzynią w tej branży, a dwa jestem praktyczny i wolę wykręcić telefon do jakiejś pizzerii lub zabrać rodzinkę do knajpki, gdzie za nieduże pieniądze można słusznie zjeść. Oczywiście już wyobrażam sobie niektóre czytelniczki, które w walce o wyzwolenie kobiet, będą domagać się oswobodzenia mojej uroczej połowicy z kuchennego Alcatraz. Jestem przeciwny takiej interwencji i jestem przekonany, że i „feministki” byłyby także przeciw takiej krucjacie, gdyby skosztowały np. pierogów mojej żony, które nie mają sobie równych w świecie. Ale tak to już jest, że domagamy się zniesienia czegoś, czego sami nie znosimy.

Ja również chętnie pozbyłbym się konieczności siedzenia w kuchni, bo nie znoszę tego i kropka. Mam prawo, by za czymś nie przepadać. Jednak mój ból i zniechęcenie nie wynika z faktu, że nie potrafię gotować, ale z tego, że chciałbym uraczyć moją żonkę smacznym obiadkiem po całym dniu ciężkiej pracy, bo to się jej zwyczajnie należy. Naturalnie pomocą mogą służyć różne gotowce z „tytki”, ale to pozbawia każde danie elementu romantyzmu, że to dzieło od początku do końca robione z myślą o ukochanej osobie.

Chciałbym być tak zachwycony ślęczeniem w kuchni jak nasz prezydent miasta, który robi dla pierwszej damy Bytomia jajecznicę, jednak co w tym romantycznego, gdy wbijając jajko rzucałbym wyzwiska pod adresem kury, jaj i skorupek, które wpadałby do garnka. Nie, to mi nie odpowiada. Wolę kupić kwiaty, coś słodkiego lub umówić się na kolację przy świecach w lokalu. Nie ma co, ale słowo kuchnia nie brzmi w mych uszach sympatycznie. Nie jest to teren, na którym mogę zaimponować mojej żonie. Fakt, że może gdybym jednak coś upichcił, co okazałoby się nawet strawne, to zachwyciłbym moją lubą, rodzi we mnie pewne pokusy, by jednak zmierzyć się z tym wyzwaniem. Jednak mam świadomość, że są i inne możliwości rozpieszczania mojej połowicy, które są równie skuteczne, a na pewno mniej wymagające.

Cóż jednak począć, by przetrwać te kilkadziesiąt dni i gotować coś dla moich trzech kobiet? Przerażająca perspektywa… Nie ma się co dziwić, że gdzieś w głebokich zakamarkach mojej duszy, słychać wołanie: ja nie chcę urlopu, ja chcę iść do pracy, chcę by wszystko wróciło do normy!