Cześć kochanie…

29 września 2019

Porażek nikt nie lubi. Mówią, że jeśli wyciągnie się z nich odpowiednie wnioski, to mogą być korzystne, ale przyjęcie porażki to proces… bolesny. A ból jest tym większy im mniej się go spodziewamy. Zbierałem się długo by to napisać, ale w końcu trzeba stanąć w prawdzie. Otóż…

…przegrałem z moją ŻONĄ!

W sobotę 14 września, odbył się 11 Półmaraton Bytomski. Kolejny raz planowałem zmierzyć się z dwoma kółkami i dystansem ponad 21 km. Niestety kolejny raz musiałem skorzystać z uprzejmości młodych ludzi w biurze zawodów i przepisałem się na 10,5 km. Borykam się z bólem w stopie i nie chciałem pogłębić tej kontuzji. Do biegu przystąpiła całkiem spora grupa przyjaciół i znajomych. Ogólne nastawienie było dobre, bo pogoda dopisała, humory były wyśmienite, kibiców sporo, ale cały czar prysł pod koniec 9 km.

Oto ktoś mija mnie klepiąc w ramię i mówi: hej kochanie! Byłem w szoku. To moja żonka Iwona dopadła mnie i z uśmiechem na ustach śmignęła obok mnie z prędkością bolidu F1. Pomyślałem, że to jakiś żart, że mój biegowy świat legnie w gruzach. Zatem spiąłem pośladki i ruszyłem w pościg. Wiedziałem, że przed metą będzie jeszcze około 300 metrowy podbieg i w nim upatrywałem mojej szansy. Jednak ku mojej rozpaczy, moja połowica ze stałą prędkością wspinała się pod górę wciąż powiększając dzielący nas dystans. Jakby ktoś zainstalował jej tempomat… Do tej pory podbiegi, były moją rodzinną domeną i nagle zostałem zdetronizowany. Wiedziałem, że jeśli przegram, to skończy się pewna epoka, w której to ja witałem moją żonę na mecie, robiąc jej zdjęcia.

Wyciągałem nogi z trudem łapiąc oddech, ale to nie pomogło. Ona wciąż była przede mną, truchtając lekko niczym gazela. Jakby tego było mało, tuż przed metą dostrzegłem w grupie kibiców rodziców mojej niedościgłej małżonki. Przegrać z Iwoną na oczach teściowej? Zgroza!!! Tego nie wymyśliłby najwybitniejszy twórca dreszczowców. Jednak na ostatniej prostej przed metą wiedziałem, że to się dzieje na prawdę.

Koniec z bieganiem… Taka myśl przemknęła mi przez myśl, ale gdy zobaczyłem iskierki radości w jej pięknych oczach, czarne myśli zniknęły jak bańka mydlana. Po prawdzie, to wspaniale widzieć, że jej wysiłki i niesamowita dyscyplina przynoszą takie efekty. Załapała biegowego bakcyla, może nawet bardziej niż ja. Jestem z niej dumny, ale następnym razem postaram się bardziej 😉

Pomyślałem, że w całej tej dramatycznej sytuacji, jedyną pociechą byłoby wygranie samochodu w losowaniu wśród wszystkich uczestników biegu. Gdyby wyciągnięto los z moim numerem, moja porażka zostałaby zapomniana. Jednak i tu czekał mnie cios. Gdy usłyszałem jak wywołują moją szwagierkę zrozumiałem, że z tymi bliźniaczkami, nie da się wygrać…