Ćwiczenia w roztropności

17 listopada 2016

image_6483441-2Czerwiec 2016 roku: 328 km. Lipiec 2016: 292 km. Sierpień 2016: 251 km. Wrzesień 2016: 236 km. Październik 2016: 262 km. Taki raport dostałem za pośrednictwem pewnej aplikacji poświęconej szeroko pojętej aktywności fizycznej. Zdecydowaną większość pokonałem biegając. A jeszcze w maju po przebiegnięciu stu metrów, miałem zadyszkę… Naturalnie każdy zaawansowany biegacz, miałby spore zastrzeżenia do tego, czy moje wysiłki nazwać bieganiem, czy truchtaniem. Nie zmienia to faktu, że jestem z siebie zadowolony i uboższy o 20 kg.

Od kiedy podźwignąłem się z fotela i ruszyłem biegiem (truchtem) przed siebie, świat jakoś się skurczył. Miejsca oddalone o 15 km, nie jawią mi się już jako męcząca podróż samochodem w korkach, ale jako bliska okolica, którą warto zaliczyć biegiem. To wielkie osiągnięcie jak na człowieka, który przez ponad dwadzieścia lat ograniczał swą aktywność do krótkich spacerków okraszonych utyskiwaniem na upały, mrozy, silny wiatr, deszcz, ukształtowanie terenu, ruchy tektoniczne, strefy czasowe itd.

Oczywiście mój najdłuższy dystans biegu wynoszący 19,02 km jest niczym, jeśli porówna się to z osiągnięciami takiego gościa jak Dean Karnazes, który za jednym razem zaliczył blisko 400 km. Nawiasem mówiąc polecam jego książkę „Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości”. Jednak coś w tym jest, gdy zmagasz się z ze swoim bólem i trudnościami. Kiedyś spisałem listę rzeczy, które chciałbym zrobić, ale są poza moim zasięgiem. Wśród nich jest przebiegnięcie maratonu. Obecnie tego punktu nie zaliczyłbym do sfery fikcji, jak rejs lotniskowcem, profesjonalna fotografia, czy zaliczenie „Biegu rzeźnika”, ale gdzieś w tyle głowy pojawia się myśl, że przebiegnięcie maratonu jest jednak realne.

Nie mam pojęcia, jak coś takiego osiągnąć, co trzeba zrobić i jak się przygotować, ale gdybym spotkał odpowiedniego człowieka, który powiedziałby mi, jak się do takiego wyzwania zabrać, to mógłbym za jakiś czas tego dokonać. Nie wiem z czego się to brało, ale zawsze myślałem, że każdy mężczyzna choć raz przebiec maraton. Nigdy nie fascynowałem się tą dyscypliną sportu, ale słowo MARATON budziło mój szczególny respekt. Najpierw podziwiałem tych, którzy pokonali ten dystans, a później (co tu kryć) nabijałem się z nich, by zamaskować swoją niemoc, lenistwo i fakt, że stałem się mięczakiem niezdolnym do walki.

Jednak nade wszystko jestem chrześcijaninem i nie mogę zapominać o tym, co jest moim powołaniem. Niektórzy ludzie, a w tym i ja, mają to do siebie, że potrafią poświęcać godziny na sprawy marginalne, a zaniedbywać lub całkowicie odpuszczać to, co istotne. I tu wchodzimy w sferę roztropności. Najpierw zobaczmy jak Katechizm Kościoła Katolickiego tłumaczy cnotę roztropności:

„Roztropność jest cnotą, która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego pełnienia. (…) Roztropność jest „prawą zasadą działania”, jak za Arystotelesem pisze św. Tomasz. Nie należy jej mylić ani z nieśmiałością czy strachem, ani z dwulicowością czy udawaniem. Jest nazywana auriga virtutum: kieruje ona innymi cnotami, wskazując im zasadę i miarę. Roztropność kieruje bezpośrednio sądem sumienia. Człowiek roztropny decyduje o swoim postępowaniu i porządkuje je, kierując się tym sądem. Dzięki tej cnocie bezbłędnie stosujemy zasady moralne do poszczególnych przypadków i przezwyciężamy wątpliwości odnośnie do dobra, które należy czynić, i zła, którego należy unikać”. (KKK 1806)

Jako chrześcijanin rozeznaję, że Bóg powinien być na pierwszym miejscu, ale rozeznanie to jedno, a wprowadzenie tego, co się rozeznało w życie, to drugie. Ktoś zapyta, jak mogę mówić, że Bóg jest najważniejszy? A rodzina? Praca? Pasje? Głęboko w to wierzę, że stawiając Boga na pierwszym miejscu, stanę się wspaniałym mężem, ojcem czy katechetą. Zapomnieliśmy, że Bóg wychowuje i formuje. Skoro chciał, bym przyjął sakrament małżeństwa i stał się ojcem, to pragnie, bym na tej drodze się uświęcił. A skoro tak, to byłoby czymś niestosownym, by zostawił mnie na tej drodze samemu sobie. Logika jedno, a praktyka swoje. Pocieszające jest to, że nie tylko ja mam z tym problem. Czyż słowa św. Pawła nie brzmią podobnie:

„Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę (Rz 7, 18-19)

Cieszy mnie wszystko, co pozwala mi się rozwijać, ale powinienem zawsze pamiętać o proporcji. Święty Jakub nauczał, że

„Każde dobro, jakie otrzymujemy, i wszelki dar doskonały zstępują z góry, od Ojca świateł, u którego nie ma przemiany ani cienia zmienności” (Jk 1, 7)

Jeśli uznam, że zmobilizowanie się do wysiłku, by zadbać o swoje zdrowie, jest czymś dobrym, to nie powinienem przypisać tego sobie, ale Bogu, od którego pochodzi wszelkie dobro. Ja tylko zgodziłem się na to, ale działa On. Teraz jednak zaczynają się schody, bo można się tak zaangażować, w bieganie, realizowanie swoich pasji, a nawet w realizację swego powołania, że zapomni się o Tym, od Którego wszelkie to dobro pochodzi. Jakże łatwo, przychodzi mi ubranie stroju do biegania i ruszenie się z domu. Ale czy Bogu poświęcam proporcjonalnie tyle samo czasu? Uwielbiam czytać, bo jestem świadom, że czytanie mnie ubogaca i kształtuje, ale czy znajduję w sobie tyle sił, by pochylić się nad lekturą duchową? Osobiście nie wiem, czy to zasługa zrzucenia 20 kilogramów, ale im więcej się wysilam, tym większą odczuwam wdzięczność i chęć modlitwy. Zatem jak „robić” cokolwiek, by zachować odpowiednie proporcje? Nie czuję się na tyle kompetentny, by na to odpowiadać, ale znam kogoś, kto wiedział co i jak. Oto co radzi:

„Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31)

Mogę i powinienem każdego dnia, stawać na modlitwie przed Bogiem. Ale kto powiedział, że nie mogę modlić się także moją pracą, zabawą z dzieckiem, opróżnianiem zmywarki, a nawet bieganie… Żyć tak, by wszystko stało się modlitwą, a wtedy nie będzie miejsca na grzech, smutek, nudę, złość, lenistwo, zniechęcenie i całe to zło, którego doświadczają ci, którzy zamienili życie na wegetację.