Pełnia szczęścia

02 grudnia 2017

_DSC3122Bóg obdarzył mnie wieloma darami, ale był dość oszczędny w udzieleniu urody oraz śmiałości. Ilekroć spotykałem kobietę, która mnie zachwycała, zabierałem się do tej znajomości, jak kowal do naprawy zegarka. Skutek był taki, że wciąż dostawałem „kosza”…

Dziś nie ma to większego znaczenia. U mego boku jest wspaniała żona, z którą mogę się cieszyć dwoma nie mniej wspaniałymi córkami. Jednak nim ów cud stał się faktem, dzięki Bogu dokonałem pewnego odkrycia.

Wielu ludzi odczuwających samotność widzi w tym powód do frustracji, co przekłada się na zawieranie znajomości. Rzucają się na kolejne obiekty swych westchnień niczym na ostatnią deskę ratunku. Niestety takie podejście może spłoszyć drugą stronę, która z wielkim prawdopodobieństwem poczuje się przyparta do muru przez zbytnie narzucanie się i szantaż emocjonalny. Szczególnie zniechęca to przedstawicielki płci przeciwnej, które nie chcą, by nadskakujący niczym pudelek mężczyzna, spełniał ich wszystkie zachcianki i wykładał kawę na ławę na pierwszej randce. One lubują się w domysłach, tajemniczości i niepewności.

To był mój problem. Starałem się być użyteczny i wciąż obecny, przez co niszczyłem nawet dobrze zapowiadające się znajomości, by w końcu usłyszeć: zostańmy przyjaciółmi. Nawiasem mówiąc, nie ma gorszej propozycji dla mężczyzny, bo jak, na Boga, cieszyć się, gdy u boku wymarzonej kobiety jest inny facet… Zatem męczyłem się całymi latami i zastanawiałem, co robię nie tak?

Pewnego dnia dotarło do mnie, że dopóki nie zaakceptuję siebie, nie będę w stanie wejść w bliską relację. Przecież związek polega na wzajemnym obdarowywaniu się, nie zaś na nieustannym żebraniu o dobre słowo lub gest. Naturalnie, każda ze spotkanych wyjątkowych kobiet mogła mnie uszczęśliwić, ale czy byłem świadomy tego, że również ja jestem darem dla nich? Nigdy wcześniej nie patrzyłem na siebie jak na kogoś wyjątkowego. Tymczasem nie da się budować jakichkolwiek relacji, wychodząc od swoich kompleksów.

Uświadomiłem to sobie podczas modlitwy. Chrystus wlał w moje rozbite serce ukojenie i spokój. Dotarło do mnie, że skoro nie lubię własnego towarzystwa, to jak mogę nim sprawić radość innym? Odkryłem, że mogę być szczęśliwy nawet wtedy, jeśli u mego boku nie pojawi się kobieta. W głębi serca odczułem bowiem Jego obecność. Każdy z nas musi być wyjątkowy, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że

„w tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować” (1 J 4,10-11).

Nosimy w sobie ów wyjątkowy dar – miłość Boga, która uzdalnia każdego do miłowania i przyjęcia miłości. Jesteśmy wyjątkowi – bo Syn Boży oddał za nas życie – i szczególnie uzdolnieni, ponieważ mamy nieść miłość innym.

W świetle powyższego tekstu łatwiej zrozumieć słowa św. Augustyna, który w „Wyznaniach” napisał, że choć jeszcze nie był zakochany, to kochał już samą myśl o zakochaniu. Gdy zaakceptowałem, że jestem zdolny nie tylko do przyjmowania miłości, ale i jej udzielania, moja perspektywa całkowicie się zmieniła. Przestałem się miotać. Zrozumiałem, że nawet jeśli nie znajdę odpowiedniej towarzyszki życia, mogę być szczęśliwy. Dopiero wtedy pojawiła się ona.