1:10:18

25 września 2016

IMG_0339Zawsze intrygowało mnie, co ludzie widzą we wspólnym bieganiu podczas masowych imprez? Biegacze byli dla mnie czymś w rodzaju sekty. Specyficzne stroje, specyficzny język i specyficzny sposób odżywiania. Naturalnie podobnie można powiedzieć o wielbicielach każdej innej dyscypliny sportowej. Korzystając z okazji, że wspólnie z żonką rozpoczęliśmy bieganie, postanowiłem wziąć udział w takiej imprezie. Nie musiałem daleko szukać, bo 18 września odbyła się ósma edycja Bytomskiego Półmaratonu. Do wyboru były dwa dystanse: 10,5 km oraz 21 km. Oczywiście wybrałem ten pierwszy.

W noc poprzedzającą bieg, śniło mi się, że biegam, co uczyniło mnie zmęczonym nim wszystko się zaczęło. Pogoda też była raczej barowa, a nie biegowa. Mżawka i zimno, co o dziwo budziło zachwyt tylko u biegaczy, bo ponoć w taką pogodę bije się lepiej rekordy. Wokół Plejady w Bytomiu, gdzie była linia startu i mety, mnóstwo ludzi truchtało i robiło rozgrzewkę. Przyznaję, że trochę mnie to krępowało, bo ja nieśmiały jestem. Na szczęście spotkałem sporo znajomych, którzy z cierpliwością i życzliwością podpowiadali mi co, gdzie i jak.

Moja koleżanka z pracy ucząca wychowania fizycznego, zrobiła oficjalną rozgrzewkę, ale była tak intensywna, że gdyby się podłączył, skończyłbym swój udział w zawodach. Skąd ta kobieta bierze tyle sił… Skacze, tańczy i biega – kobieta instytucja. Postanowiłem z boku się nieco porozciągać i przygotować i na tej czynności zastał mnie apel organizatorów o stawienie się na linii startu. Uściskałem moje dziewczyny i ustawiłem się na końcu stawki. Ponoć uczestników było ponad 1600, ale atmosfera była bardzo przyjemna. Ludzie uśmiechali się, rozmawiali i rwali się do biegu, a mnie udziela się ta atmosfera podniecenia. I stało się. Ruszyliśmy, a ja powiedziałem sobie, no chłopie, byle do mety. Pomachałem rodzince i wraz z tłumem biegaczy ruszyłem na trasę.

Początkowo było tłoczno, ale już po pierwszym kilometrze zrobiło się na tyle dużo miejsca, że złapałem swój rytm i mogłem się cieszyć bieganiem, bo muszę wam powiedzieć, że to oprócz dobrej aktywności na odchudzanie, całkiem przyjemne zajęcie. Można spokojnie pomyśleć o swoich sprawach, zrzucić z siebie napięcie, pomodlić się, a nade wszystko zmierzyć się z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Pewnie, że bolą mięśnie, ale przynajmniej wiadomo z czego jest ów ból 😉 Dochodzę do wieku, że nie ma dnia bez bólu… Ale nie ma co marudzić, trzeba się ruszyć, co polecam każdemu. To forma aktywności, która może łączyć małżonków i rodziców z dziećmi. Nie trzeba wielkich nakładów finansowych, a frajdy po pachy.

Gdy dobiega się do mety i widzi swych bliskich, którzy dopingują, to radość i adrenalina dosłownie uskrzydlają. Widziałem, ten głód biegu i walki w oczach mojej żonki. Nie musiała tego mówić na głos, ale w jej oczach wyczytałem wyraźny komunikat: za rok, też stanę na linii startu! I wiem, że to zrobi, bo załapała bakcyla biegania prędze niż ja. Za rok (jeśli dobry Bóg pozwoli) pobiegniemy razem, bo w małżeństwie tak to już jest, że najbardziej cieszą rzeczy robione wspólnie.

Chciałbym tu podziękować, nie tylko mojej rodzinie za doping, ale wsparcie moralne i dobre rady wszystkim tym, którzy zachęcali mnie do tego szaleństwa. Mam tu na myśli: Andrzeja F. (21 km w czasie: 01:41:11), Jacka W. (21 km w czasie: 01:44:53), Adam M. (21 km w czasie: 01:52:08), Andrzeja B. (21 km w czasie: 01:54:03) oraz jego żonę i moją prywatną szwagierkę Annę B. (10 km Nordic Walking w czasie: 01:28:48).

Na koniec zamieszczam filmowe podsumowanie mojego pierwszego biegu.

https://flow.polar.com/training/relive/839115446